Podróżuje się po to (...), by pewnego dnia postawić walizki i powiedzieć: to tutaj.
— Éric-Emmanuel Schmitt

czwartek, 6 marca 2014

Z okazji urodzin...

Po dwóch dość pracowitych tygodniach nastał czas lekkiego relaksu. Miriam ma znów wolne, więc i ja mogę trochę więcej pospać. Nie muszę wstawać o 7, ale i tak nie śpię dłużej niż do 8. Nie wiedziałam, że kiedykolwiek to powiem, ale wstaję wyspana!

W końcu dostałam swoje kieszonkowe! Za połowę stycznia, luty i marzec. Nie to, żebym jakoś szczególnie tu potrzebowała kasy! Miriam była bardzo opiekuńcza pod tym względem i miałam swoją kasę na karcie, więc niczego mi do tej pory nie zabrakło. No ale teraz już mogę zacząć oszczędzać ;)

Zaczęłam też w końcu kurs norweskiego. Byłam już na dwóch zajęciach - raz w tygodniu po 2,5 godziny. Fajne jest to, że nieważne, czy mam wolne, czy nie, zawsze ten raz w tygodniu biorę samochód i jadę do Leknes. Nie zapomnę jak się prowadzi!
Na pierwszych zajęciach okazało się, że tylko ja i dwie inne osoby: Grek i Litwin nie znamy w ogóle norweskiego (co nie powinno być niczym dziwnym skoro to kurs dla początkujących), a reszta to siedem kobiet z przeróżnych krajów: z Rumunii, Somalii, Iraku, Tajlandii i Filipin pracujące chyba w jednej z fabryk, które rozumieją norweski i potrafią się w nim porozumieć. Muszą jednak chodzić na ten kurs, bo to jeden z warunków ich zatrudnienia, a nie ma obecnie kursów na wyższych poziomach. Ale to nie problem, bo nasz Grek zadaje mnóstwo pytań i nie pozwoli naszej nauczycielce iść zbyt szybko z materiałem. Jej zasadą jest mówienie tylko w języku norweskim, co mi odpowiada, bo mówi wolno i wyraźnie, mocno gestykulując, także za trzecim razem już ją rozumiem ;) A nawet jeśli coś nadal jest niejasne, reszta grupy śpieszy z pomocą po angielsku.
Na ostatnich zajęciach mieliśmy dodatkowo dwie osoby - parę z Polski! Chcieli się zorientować i jeszcze nie byli pewni, czy się zdecydują. Ostatecznie postanowili, że on się zapisze, a ona będzie się uczyć w domu. Cieszę się, bo nie mieszkają daleko, więc będziemy mogli się czasami gdzieś razem wybrać.

Z okazji moich urodzin, pogoda zmusiła nas do świętowania w domu. Wiało i lało calutki dzień, i to tak, że myślałam, że zdmuchnie tę naszą chatkę. Ale chyba specjalnie dla mnie, na moment, kiedy wyszłam z Hugiem na spacer, przestało padać, więc tylko miałam ubaw jak 2 razy prawie nas wywiało w krzaki. Kiedy chłopcy wrócili z przedszkola i się najedli nadszedł czas na tort! Był tort i świeczka i kwiatek i radość chłopców z dmuchania. Jak nigdy, szybko skończyli jeść, żeby tylko zdmuchiwać świeczkę. Oczywiście im pomogłam i potem jeszcze dwa razy ją na nowo zapalaliśmy, więc byli zadowoleni. Strasznie miłe ze strony Miriam, że tak się postarała. Muszę sobie poszukać jakiejś ładnej doniczki na mojego kwiatka! :)

Pozdrawiam
Agata

7 komentarzy:

  1. O matko, chcę zamieszkać na Lofotach bo w Bergen to chyba sami Polacy mieszkają :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hah to był jeden z powodów, z których nie wybrałam Bergen :P

      Usuń
  2. No to stóweczka! Niech Ci lofotockie dni przyjemnie płyną :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! :* lofotockie haha dobre ;)

      Usuń
  3. Wszystkiego najlepszego! <3
    Miło poznać nową osobę tu :)

    // polkawnorwegii.wordpress.com

    OdpowiedzUsuń
  4. i ode mnie najlepsze zyczenia!
    fajnie, ze sie odezwalas, nie znam nikogo na au pair, z checia bede tu zagladac, powodzenia i przyjemnosci!

    OdpowiedzUsuń